bycie z kimkolwiek nie jest lepsze od bycia samotnym by być szczęśliwym z kimś, najpierw bądź szczęśliwy z samym sobą
RSS
niedziela, 31 maja 2009
Tak dla porządku:
jestem >> tutaj <<
15:14, renton.boy
Link Komentarze (1) »
środa, 06 maja 2009
Koniec.

Pewne rzeczy mają sens tylko w określonym czasie. Nie warto ich ciągnąć, bo sama siła rozpędu to trochę za mało. Zdecydowanie zbyt mało. I dzisiaj chyba nadszedł czas, by przestać pisać tego bloga.

Zacząłem jeszcze na studiach, w lutym 2005 roku. Zostawiłem na stronach tego bloga całkiem dużą część mojego dorosłego życia. Mieszkanie w Warszawie, wyprowadzka, przyjazd na Śląsk (i wielka trauma związana z powrotem), potem Kraków i znów Śląsk. Dzisiaj w końcu - wymarzony Londyn.

Jak siebie oceniam z dzisiejszej perspektywy? Ogólnie wydaje mi się, że od momentu wyprowadzenia się z Warszawy nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca (a to przecież takie proste ;). Cieszę się, że szedłem trochę pod prąd i że nadal nie robię zazwyczaj tego, czego ludzie się spodziewają po ludziach w moim wieku. Przeczytałem ostatnio (dobrych kilka tygodni temu) wpis kogoś, kto za moment będzie obchodził 40. urodziny. Jedna rzecz, która mi utkwiła w pamięci, to to, że żałował on, że zbyt często szedł z prądem. Miał poczucie, że większość spraw, jakie zdarzyły się w jego życiu, to nie sprawy, o które on sam aktywnie zabiegał, a raczej rzeczy, które się przydarzały, bez jego udziału - to co przynosiło życia (oh, jak ja nie lubię personifikacji biologicznego istnienia, fuj). Ja tak nie chcę. Chcę mieć poczucie wybierania, aktywnego. Wpływania swoimi wyborami na kształt mojego życia, nie zasiadywania się tylko z przyzwyczajenia. I tak, to że za kilka tygodni będę obchodził moje ostatnie urodziny z dwójką z przodu też ma tutaj wielkie znaczenie. Nie mogłem się opędzić przez jakiś czas od myśli, że jeśli nie teraz, to już nigdy. I że być może do końca życia będę żałował zmarnowanych szans, a to chyba boli najbardziej.

Przez te ostatnie kilka lat dowiedziałem się co nieco o sobie samym. Wiem, jakie miejsca mnie fascynują i co mnie w nich fascynuje. Wiem, jakich miast nie znoszę (jeśli chodzi o mieszkanie tam nieco dłużej niż kilka dni). Mój plan wyjazdu opóźnił się prawie o rok (bez kilku dni). Bardzo dużo. I mało zarazem, jeśli wziąć pod uwagę, że zdołałem pozałatwiać sobie w kraju wszystko, wszystko co do jednej sprawy. Nawet rzeczy, co do których straciłem już nadzieję, że da się je wyprostować. Zjawiłem się w Londynie z głową nieobciążoną formalnościami, które muszę jeszcze pozałatwiać w Polsce. Przemyślałem sobie każdy aspekt tego wyjazdu, każdą jedną rzecz i dziś widzę, że jestem (i byłem) przygotowany lepiej niż mi się to wydawało.

Chciałbym napisać, że trochę wydoroślałem. Ale to chyba nie do końca tak. Cieszę się, że nie sprzedałem za dorosłość pewnych swoich ideałów. Nadal czuję się tak jakbym miał ~naście lat. Oprócz tych czekających mnie dwudziestych dziewiątych urodzin - upływ czasu jakoś specjalnie nie ma znaczenia. Tylko, gdy się zastanawiam o co w tym wszystkim chodzi mam wrażenie, że wiem jeszcze mniej niż kiedyś.

Dzisiaj jestem tutaj. Nie myślę o wyjeździe, nie wyznaczam sobie żadnych dat. Staram się żyć tak, by nie myśleć o końcu pobytu tutaj. Może dzięki temu, za kilka tygodni poczuję się tutaj tak dobrze, jak dobrze czułem się mieszkając w Warszawie. Ale pomimo tego, że nie usłyszysz ode mnie deklaracji 'jestem tu tylko na moment' nie powiem też, że 'tak - zostaję'. Gdzieś tam, w głębi czaszki dalej kłębią mi się pomysły związane z pracą w Nowym Jorku czy okolicach San Francisco. Ale na razie się nad nimi specjalnie nie zastanawiam. Po raz pierwszy od dłuższego czasu moje plany to jedynie kilka dni naprzód. Po raz pierwszy od... nie pamiętam kiedy żyję tu i teraz.

Mam wrażenie, że marzenia, nie są do tego, by je hołubić i karmić się nimi, tylko by konfrontować je z rzeczywistością. I ja właśnie teraz to robie. 1400km od miejsca, które moja siostra nazywa domem.

 

Ah, no i pamiętaj, że gdy coś się kończy, coś się zaczyna...

19:42, renton.boy
Link Komentarze (6) »
wtorek, 05 maja 2009
To nie tak miało być.

Od kilku dni, rozbijam się po największym mieście Europy. Zachwycam się metrem, double-deckerami (a niby miało ich już nie być! :) tym, w jak krótkim czasie można pokonać wielkie odległości korzystając tylko z dostępnej publicznie komunikacji. Ocieram się rękawami o budynki znane na całym świecie, a moje buty stąpają po tych samych chodnikach, po których chadzają gwiazdy największego formatu.

Tylko... że to nie tak miało wyglądać. Miało być przecież zupełnie inaczej. Pamiętam do dziś naszą wspólną wizję przyszłości. Malutki, jasny (koniecznie pomalowany jaką pastelową farbą) domek na przedmieściach Edynburga. W ogrodzie ławka i mała huśtawka, ustawione tak, by mogła popijać kawę wystawiając twarz do porannego słońca. I dużo miejsca dla kotki do biegania. Koniecznie.

Wzruszam ramionami. Wzruszam ramionami, które cudem trzymają się chyba na tej wydmuszce, którą mam w środku. I uśmiecham się wracając wieczorem do mieszkania. Wracając i czując się już tak niesamowicie pewnie, że pozwalam sobie na to, by alkohol dobrze szumiał mi w głowie. Nie myślę o terminach, o zostawaniu tutaj do jakiegoś konkretnego czasu, nie planuję. Nie oglądam się za kobietami i udaję, że nigdy żaden uśmiech nie jest dla mnie. Nie patrzę nikomu w oczy i ogólnie tylko prześlizguje się wzrokiem po ludziach, których mijam codziennie.

Nie chcę myśleć. To nie ma sensu. Cokolwiek ma?

01:06, renton.boy
Link Dodaj komentarz »
Zawsze będę Cię kochał.

Zastanawiam się kiedy Cię po raz pierwszy zobaczyłem. Już pamiętam, to było jeszcze gdy chodziłem do LO. Wybraliśmy się na wycieczkę do parlamentu. Nie, nie zrobiłaś wtedy na mnie najlepszego wrażenie. Być może dlatego, że dzień był nieco pochmurny, być może dlatego, że w sumie byliśmy tylko w parlamencie i potem krótko na jakimś popasie w małej gastronomii w okolicach centrum. Zachwyciłem się Tobą dopiero później, znacznie później - gdy zobaczyłem Cię pewnego pięknego, letniego, lipcowego dnia. I właśnie chyba od tego momentu Cię tak pokochałem, Warszawo.

* * *

Ostatni rok moich studiów. Częste, praktycznie raz na dwa-miesiące, odwiedziny w Warszawie. Warszawa latem, jesienią. Warszawa w deszczu, śniegu i we wczesno-wiosennej chlapie. Warszawa pochmurna i słoneczna.

I jakieś takie moje dziwne wrażenie, że to właśnie taki lokalny pępek świata. Że to właśnie tutaj można dokonać czegoś więcej, że to w tym mieście zapadają decyzje dotyczące całego narodu. Tłumy ludzi wylewające się z autobusów, panowie i panie spieszący sie do pracy. Jedyne chyba miasto w Polsce, w którym było widać, że żyje nie tylko przeszłością, ale przede wszystkim tym co ma być i będzie jutro. Widoczne z centrum wieżowce i nowe, pachnące jeszcze wysychającym cementem i świeżą farbą biurowce. Szkło i stal. Początek polskiego Manhattanu. I nawet... nawet styl ubierania Warszawianek wydał mi się inni, lekki, bezpretensjonalny... świeży.

* * *

Pamiętam jeden z wiosennych dni, gdy znów zjawiłem się w Warszawie. I wtedy właśnie poczułem, że to nie na Śląsku, ani w żadnym innym mieście chciałbym mieszkać, tylko tutaj... tam. I pewnie gdyby ktoś teraz mógł zobaczyć w jakim miejscu stałem i co obserwowałem, to najprawdopodobniej nie mógłby zrozumieć mojej fascynacji tym miastem.

* * *

Mój przyjazd do Warszawy. Pamiętam doskonale. Szeroko otwarte oczy. Koniec listopada. Niesamowicie ciepły dzień jak na tę porę roku. Drzewa pokryte złotymi liśćmi i pierwsze moje klucze do wynajmowanego samodzielnie lokum. Wolność. Spacer warszawskimi ulicami i dziwne wrażenie, że tutaj naprawdę da się oddychać pełną piersią. Pierwsza wizyta w Łazienkach. Spacery po parkach w centrum, poznawanie Warszawy z okien tramwajów i autobusów.

* * *

I moja pierwsza impreza w stolicy. Po 3 tygodniach mieszkania. Mój pierwszy przyjazd na Pragę. Na Bródno. Krótki spacer zimą przez niespecjalną okolicę. Nowi znajomi i... pobudka kilka godzin później w jednym z autobusów, gdy ktoś szarpie mnie za ramię i mówi: "stary, obudź się, musimy wysiadać, to ostatni przystanek przed zajezdnią". Chwiejnym krokiem opuszczam autobus i opieram się o wiatę przystanku. Wszystko wiruje. Przede mną szeroka ulica, ogromne osiedle wysokich, smukłych (i identycznych) bloków. Chłopak stojący obok mnie, mówi mi bym posprawdzał kieszenie (co trwa nieco dłużej niż trochę), zegarek i inne tego typu rzeczy. Mam wszystko. Pyta się gdzie mieszkam. I... czeka ze mną na autobus. Nie zapamiętuję jego twarzy. Nie potrafię. Wsiadam w autobus, wysiadam przy Rakiecie (PeKiNie) i ociągając się noga, za nogą spaceruję mroźną nocą do mieszkania.

Niedziela wstaje słoneczna. Czuję się świetnie, żałuję tylko, że nie mam pojęcia w jakim miejscu wylądowałem kilka godzin wcześniej i kompletnie nie mam pomysłu na to jak mógłbym odnaleźć tego kogoś i w jakikolwiek sposób mu podziękować. Od tego momentu zaczynam się czuć w Warszawie jak u siebie. Bezpiecznie. Nie boję się wracać późnymi wieczorami do mieszkania i choć nigdy nie myślę o sobie, że jestem "Warszawiakiem" to zaczynam myśleć o stolicy "moje miasto".

* * *

Ah... i kobiety. M, którą poznałem w czasie jakiegoś mroźnego weekendu w lutym. Druga M., z którą rozmowy były wprost niesamowite (i pięknie się uśmiechała).

I te, których poznać nie zdążyłem...

Pięknie uśmiechnięta brunetka spotkana zimą w autobusie do pracy (a topniejący na jej włosach śnieg wyglądał jak malutkie brylanciki).

Szczuplutka brunetka w czarnej koszulce, dżinsach i w butach na obcasie, spotkana w tramwaju gdzieś w okolicy stacji na Anielewicza...

Szatynka, z którą zaczęliśmy rozmawiać gdy czekaliśmy na zmianę światła przed przejściem dla pieszych przed Arkadią...

00:52, renton.boy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 kwietnia 2009
tak naprawdę to nigdy Cię nie kochałem...

Smutne, prawda? Dowiedzieć się o czymś po tylu lata? No cóż, zdarza się. Widzisz, wydaje mi się, że miłość to coś więcej niż tylko przywiązanie. Miłość to coś znacznie więcej niż przyzwyczajenie. A jeśli ktoś, tak jak ja, porównuje Cię ciągle do innych i bardzo, bardzo często nie wychodzisz z tych porównań obronną ręką... w takim razie o miłości chyba mówić nie można, prawda?

Można? Polsko?

Nie kocham Cię za wiele rzeczy. Za zmęczone twarze wykorzystywanych ludzi. Za to, że tylko najsilniejsi są w stanie tutaj żyć na takim poziomie, który gdzie indziej (już na wyciągnięcie ręki) nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie kocham Cię także za to, że od wielu swoich synów i córek wymagałaś wielkiego poświęcenia, największego poświęcenia. Natomiast nadal tak mało dajesz wszystkim w zamian. Nie kocham Cię za ciasnotę światopoglądową, za ultrakonserwatyzm i za to, że od dłuższego czasu nie czuję się tutaj komfortowo. I nie chodzi mi tym razem o kwestie finansowe. Nie. Nie kocham Cię za to, że wielu ludzi wyjechało stąd nie dlatego, że mieli problem z przeżyciem od pierwszego do pierwszego, ale dlatego, że ktoś notorycznie odmawiał im bycia Polakiem. Prawdziwym Polakiem - oczywiście.
Nie kocham Cię za to, że tak wiele spraw rozstrzyga się na zasadzie zer i jedynek. Wyjeżdżasz - zdrada. Zostajesz i choćbyś rezygnował z kosmicznych okazji - dumnie możesz wypiąć pierś do orderu przywiązania. Tylko, że ja widząc takich zadowolonych z siebie... nie tylko kompletnie ich nie rozumiem, ale również uważam to za zachowanie głupie.

A chyba najbardziej nie kocham Cię za to, że sprowadzasz wszystkich  do roli swoich nie synów i córek ale niewolników i niewolnic. Zachowujesz się jak mrówcza Królowa Matka, która może dysponować życiem każdego podwładnego i ma to życie za nic, bo to jedno życie nie liczy się w ogólnym rozrachunku wcale. Czasy zmieniły się dość dawno i to podejście zdecydowanie bardziej pasuje do krajów dalekiej Azji, a nie do kraju, który uzurpuje sobie tytuł "centrum Europy". Centrum Europy? Geograficznie jak najbardziej, ale czy kulturowo i światopoglądowo również? Nadmieniać chyba nie muszę, że mój sceptycyzm w tej kwestii jest dość znaczny.
Nie mogę wprost zrozumieć, dlaczego ludzie tutaj wychowywani są w jakiejś takiej dziwnej postawie "poddańczości". Życie jest jedno, krótkie i rezygnowanie z tego by realizować siebie samego jest kosmicznie głupie. Tak, głupie. Już samo uświadomienie sobie czego tak naprawdę się pragnie (ale czego naprawdę się pragnie, a nie czego pragną wszyscy wokół) jest całkiem niełatwe. Po co jeszcze obarczać się jakimiś dziwnymi wymysłami naszych dziadków w kwestii obowiązków wobec Ojczyzny? (Czy ojcowie, dziadkowie nie mogą się mylić?).

Zawsze mierził mnie patriotyzm krajobrazowy. Ten zachwyt w inwokacji Pana Tadeusza, gdzie tak naprawdę wychwala się tylko to, do czego ludzie się przyzwyczaili. I takich inwokacji można by napisać miliony, wysławiać równie dobrze deltę Mekongu i uprawy ryżu, bambusowe gaje, czy też plantacje bawełny mieniące się w słońcu w zupełnie innej części świata. Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć. Czy miłość do kraju, to ma być miłość do piachu, ziemi, wody, kamieni? I do tego jak są one ułożone?

I na koniec sparafrazuję J. F. Kennedy'ego: "nie pytaj co Ty możesz jeszcze zrobić dla kraju, zapytaj co kraj może zaoferować Tobie". Bo to nie Ty istniejesz dla kraju, to Ty jesteś najważniejsza.

I wydaje mi się jakąś krzyczącą niesprawiedliwością to, że ojczyzny nie można sobie wybrać. Ja chętnie zamieniłbym niewiele znaczące dla mnie "Bóg. Honor. Ojczyzna" np. na "Liberté, égalité, fraternité"...

23:48, renton.boy
Link Komentarze (7) »
znowu mieć 16 lat?

Ostatnie pożegnanie. Wracam sobie na piechotę do miejsca, w którym będę spał jeszcze 3 razy. Wracam i odprowadzam po drodze M. (eh he he, to już nasze 3. pożegnanie w ostatnim czasie ;) a potem idę sobie całkowicie pustymi, wymarłymi wręcz ulicami niewielkiego miasta. Idę i gdy mam już minąć kilka bloków tworzących wojskowe "osiedle", na którym ponad 20 lat temu mieszkała moja babcia, właśnie wtedy gdy mam już skręcać w zupełnie inną stronę - wtedy wpada mi do głowy myśl, by zobaczyć jak to wszystko wygląda. I nie ma znaczenia, że jest trochę ciemno, a w głowie trochę szumi mi od wypitego alkoholu.

Wchodzę pomiędzy niewysokie bloki i mam znów wrażenie dejavu... wszystko wygląda tak jak zapamiętałem. I pewnie za dnia, zauważyłbym jakieś niewielkie zmiany (odnowiony szyldy, nowe, zupełnie inne auta) ale teraz, o tej porze, to wszystko nie ma znaczenia. Na wprost klatki, w której mieszkała moja babcia nadal stoi dziwnie prosty trzepak (zbudowany z jakichś kosmicznie odpornych rur, to dlatego pozostał przez ten cały czas prosty), pomiędzy drzewami niedaleko garaży rozciągnięta jest linka na pranie, gdzieś w okolicy stoi taka śmieszna "żelazna piramidka" wysokości ok. 40 cm (podobno część jakiegoś schronu. No i garaże. Garaże, dookoła, których ganialiśmy się, bawiliśmy w podchody, przy których "brałem ślub" ;> i na które wchodziliśmy...

Wchodziliśmy? Idę wzdłuż ściany garaży. Strasznie niska ta tylna ściana. Mogę dotknąć dachu niespecjalnie się wyciągając. Chodzę i zastanawiam się, jakim sposobem dostawaliśmy się na górę. Trzepak? Nie... za daleko. Wystający pręt? Nie... nie wydaje mi się (no, chyba, że to kwestia mojej nieco gorszej dyspozycji w tym momencie :) A! Drzewa!... Że też na to wcześniej nie wpadłem. Wspinam się na jedno, które pochyla się prawie nad dachem garaży. I już chwilę później spaceruję sobie po dachu i z dachu oglądam całą okolicę. I prawie mógłbym przysiąc, że czas jednak się zatrzymał. Chodzę przez chwilę, a potem zeskakuję i nie oglądając się już za siebie idę do tego miejsca, skąd tak bardzo chcę uciec.

Idę i po drodze wzbiera we mnie jakieś takie uczucie, że już wszystko zrobiłem, przygotowałem i nie ma już nic, nic nie pozostało do zrobienia. I tak zupełnie nie wiadomo dlaczego, cieszę się z tego wieczornego spaceru.

Spoglądam w górę. Niebo wygląda jak granit pomalowany atramentem. Widzę masę większych i mniejszych, ciemniejszych i jaśniejszych pęknięć i pajączków. Księżyca nie udaje mi się znaleźć...

* * *

Że niby się przygotowuję? ;>

Ah, i tak, jest wersja dla Pań (chyba jeszcze bardziej hardkorowa)

Oglądając zdjęcia, myślę sobie, że to może nie jest tylko fajnie zrobiona reklama. Nie omieszkam sprawdzić ;>

01:57, renton.boy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Wyjazdowe deżawi*
Miało mnie już tu dawno nie być ;) Miało. No cóż, okazało się, że jednak miesiąc temu nie wsiadłem do samolotu, nie pożegnałem się z "ojczyzną Papieża" i jakieś kilka dni temu Wielką Sobotę spędziłem tak samo - od lat (o tym kiedy indziej może). Nie poleciałem i mimo tego, że podokańczałem przez ostatnie tygodnie wszystkie jeszcze nie do końca załatwione sprawy - wpadłem przez to moje "zostanie" w jakąś... melancholię.

No bo jak nie wpaść, skoro tak naprawdę nie czyta się polskich dzienników (w internecie też) i człowiek bardziej niż czuje że jest już "tam"... bardziej jednak czuje że to tutaj już go nie ma? No bo jak nie wpaść, skoro wszystko, tak naprawdę wszystko jest teraz postawione tylko na tę jedną i jedyną kartę?

W każdym razie - to już przeszłość. Przygotowałem się jeszcze lepiej. Walizka spakowana (a życie ze spakowaną walizką to dopiero koszmar!). Data odlotu ustalona, bilet zakupiony (niedziela, o 12 będę już w Największym Mieście Europy, super, prawda?).

Plan przedwyjazdowy zrealizowany:
  • spodnie wyjściowe kupione (już ponad miesiąc temu, 2 pary)
  • wyczyszczone, wypastowane buty, wyprasowane koszule itp.
  • odwiedziny u kosmetyczki zaliczone ;>
  • i u zaprzyjaźnionej fryzjerki też (osatnio poprawki)
  • z najlepszym kumplem z LO (odnowiliśmy kontakt (i to jest prawdziwy powód do szczęścia!) pożegnałem się już dwa razy ;) a w tym tygodniu pożegnamy się po raz trzeci :)
  • wiem już chyba wszystko o wynajmie mieszkań w Londynie (te wszystkie skróty: pw, pcm, DSS...) i wydaje mi się, że wiem też bardzo dużo na temat tego jak działają agencje rekrutacyjne w UK.
  • z "karteczek przedwyjazdowych" już dawno zrealizowałem wszystko. jedyne czego nie zrobiłem, to pakowanie rzeczy "na ostatnią chwilę" (czyli kosmetyki i takie drobiazgi, których nie można zapakować 4 tygodnie wcześniej)
  • Madagascar też obejrzany, ogólnie tak jak w przypadku Shreka - druga część to "nędza" w porównaniu do jedynki. Na szczęście całość ratują hardkorowe pingwiny no i babcia Rambo :) ckliwa historyjka o ojcu i synu... bleh ;/
No to chyba wszystko na dziś. Idę spać. Właśnie minął mój ostatni poniedziałek tutaj. Nie. Wcale nie jest mi smutno :)

--
* - deżawi dlatego, że gdy zasiadłem do pisania tej notki, to przypomniało mi się znowu "One way ticket" :)
00:01, renton.boy
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 marca 2009
Tybetański dzień mężczyzny.

Dzisiaj Tybet i Tybetańczycy mieli kolejny ze swoich "medialnych" dni. "Komunistyczne Chiny", "okupacja", "wynaradawianie", "represje" - to tylko kilka z najczęściej powtarzanych słów z dzisiejszych dzienników. Jako ktoś, kto przez jakiś czas był pod wielkim wpływem wszystkiego co tybetańskie. I pomimo całej mojej sympatii do Tybetańczyków, do Dalajlamy i buddyzmu - nie wydaje mi się, by wszystko było tak czarno-białe jak chcą to przedstawiać ludzie zachłyśnięci Tybetem. Przede wszystkim należy sobie uzmysłowić, że Tybet przed chińska inwazją NIE był krainą wiecznej szczęśliwości, a buddyjskie szkoły (w co trudno czasami ludziom uwierzyć) wydatnie przyczyniły się nie tylko do upadku Tybetu, ale również były głównymi siłami sprawczymi bratobójczych walk.

Pamiętam jak kiedyś, pod koniec LO, rozmawialiśmy z naszym historykiem na temat narodów bez własnego państwa (Kurdowie, Tybetańczycy itp.). Jako ludzie z głowami nabitymi ideałami, rzucaliśmy szczytne hasła o prawie do samostanowienia, do posiadania własnego państwa, do własnego domu, do kultywowania własnych tradycji - a nasz historyk powiedział tylko jedno - samą walką własnego państwa stworzyć się nie da, trzeba by ten naród był silny ekonomicznie, by mógł lobbować i dopiero wtedy jest szansa na ustanowienie własnego państwa. Smutne? Pewnie tak, ale mając w pamięci ostatnią letnią Olimpiadę (poprzedzoną protestami w Europie) nie wypada zrobić nic innego niż tylko pokiwać głową. Przytaknąć ze zrozumieniem.

I jest chyba coś dziwnego w tej dalajlamowskiej doktrynie nie uznającej przemocy. Coś dziwnego, bo Palestyńczycy wysadzający się w autobusach, kawiarniach, na placach i ulicach Izraela, mordujący niewinnych i zasłaniający się dziećmi i kobietami - oni właśnie cieszą się znacznie większym poparciem w Europie niż Tybetańczycy. Czyżby jednak przemoc popłacała?

* * *

No i drogie Panie - właśnie się okazuje, że dziś jest (jeszcze) Dzień Mężczyzny. I jak? Mężczyźni zostali dzisiaj odpowiednio dopieszczeni? (Ciekawi mnie też druga strona medalu: jak wielu mężczyzn, uważających że Walentynki są "komercyjne" podarowało sobie świętowanie Dnia Kobiet mówiąc że to "komunistyczne święto" czy też wymyślając inną brednię? Mam wrażenie, że to postępowanie zgodnie z zasadą, że dla chcącego uderzyć powód znajdzie się zawsze...)

23:55, renton.boy
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 marca 2009
Pozwól mi się zabić.

-11

Kilka dni temu oglądnąłem w tiwi program Tomasza Lisa. Zaciekawił mnie zwiastun tego programu. Zaciekawił mnie, ponieważ jak każdy ultra-liberał (światopoglądowy) dostaję wprost wypieków na twarzy, gdy w Bolandzie dyskutuje się na temat aborcji, eutanazji, legalizacji miękkich dragów (oczywiście mijam się tutaj z prawdą, mowy o legalizacji nigdy nie było i nie będzie - ale chodzi o sam temat; anyway na szczęście dopalacze.com radzą sobie zadziwiająco nieźle z hipokryzją i debilizmem polskich polityków).

Wracając w każdym razie do tematu - temat programu dla mnie bardzo interesujący. Na początek materiał filmowy: numero uno: Janusz Świtaj, później Mariola Ptak (mam nadzieję, że nie przekręciłem) a na koniec dwie kobiety-matki zajmujące się swoimi dziećmi w bardzo, bardzo ciężkim stanie: jedno bez szans (z mózgu nie zostało praktycznie nic) a drugie z ewentualną możliwością wybudzenia się. Już sam materiał filmowy doprowadził mnie do rozpaczy. Nie tego spodziewałem się po podobno "jednym z najlepszych dziennikarzy" w Bolandzie. O nie. Pokrótce wyjaśnię o co mi chodzi.

Historia Janusza Świtaja jest pewnie dla wielu osób znana: człowiek, który jest całkowicie sparaliżowany (wypadek na motocyklu) kilka lat temu wystosował do jakichś ważnych ludzi w Bolandzie prośbę o eutanazję. Po programie (jego historia była przedstawiona w "Ekspresie Reporterów" - jeśli dobrze pamiętam) okazało się, że wielu ludzi chce mu pomóc. Znalazły się pieniądze na jakiś specjalistyczny wózek (musi również przewozić malutki respirator - Janusz nie oddycha samodzielnie), znalazło się wiele życzliwych osób, które pomagają mu i interesują się jego życiem. Po jakimś czasie dziennikarze "Ekspresu..." nakręcili kolejny dokument o Januszu - nie chce już rozstawać się z życiem, ale jak sam mówi - chciałby mieć możliwość zakończenia życia, gdy przestanie go satysfakcjonować.

Mariola Ptak i jej historia są bardzo podobne do tego wszystkiego co pisałem wyżej. Nie ważna choroba i zmagania - ważne jest to, że ta Pani, jest na etapie wołania o pomoc (co przyznał też człowiek prowadzący stronę o eutanazji i mający z nią osobisty kontakt od dłuższego już czasu). Mam wrażenie, że gdy tylko znaleźliby się ludzie, którzy zainteresowaliby się Jej losem, gdyby tylko urzędnikom spadły klapki z oczu i postaraliby się Jej pomóc - jestem pewien, że bardzo szybko wycofałaby się z tej prośby.

Historie dwóch matek są za to całkowicie różne. Jedna opiekuje się synem, który jest już tylko ciałem - choroba zniszczyła większą część mózgu (pozostał jedynie pień mózgu) a karmienie, defekacja i oddychanie - wszystko to mają pod kontrolą maszyny. Każdy dzień jest taki sam - pielęgnacja, obserwowanie, czy wszystko jest ok, przewracanie co 3 godziny (by nie było odleżyn) i tak codziennie... Wyobraźcie sobie kogoś, kto od 24 lat nie był na wakacjach, kto nie może odejść na dłużej od czyjegoś łóżka - tak właśnie wygląda życie tej kobiety. I mam wrażenie, że robiłaby to dalej bez cienia skargi, tylko, że wydaje się, że zdała sobie właśnie sprawę z tego, że skoro Jej syn, nie ma już szans na wybudzenie się i życie - to cały ten wysiłek jest nic nie wart...

(Ostatniej historii nie opiszę, bo słabo pamiętam, ale wydaje mi się, że tam były szanse na wybudzenie pacjentki ze śpiączki...)

Materiały przedstawione publiczności i widzom uważam nie tyle za tendencyjne, co po prostu źle dobrane. To nie są materiały filmowe do programu, którego tematem ma być eutanazja. Dla mnie nie ma mowy o eutanazji wtedy gdy pacjent nie może wyrazić swojej prośby (nie wszyscy uważają, że życzenie pacjenta jest potrzebne - część zwolenników eutanazji rozumie ją również dość szeroko jako "skrócenie cierpień" - zgadzam się z tym, ale jedynie na prośbę pacjenta / samego zainteresowanego). Historia Janusza Świtaja i Marioli Ptak - to historie, których w państwach na dorobku jest pewnie wiele, wiele więcej. To wołanie o pomoc, to bunt przeciw temu, że ludzi spycha się z ich problemami do czterech ścian, zamyka się ich często bez żadnej, podstawowej nawet pomocy i zapomina (bo przecież nie widać, a oni nie mają możliwości spalić opon pod Sejmem czy też bić się z Policją w obronie swoich racji).

Jedyną sytuacją, w której zgodziłbym się na "eutanazję" bez zgody pacjenta jest sytuacja gdy "człowieka już nie ma". Jako cynik - uważam, że człowieczeństwo znajduje się w głowie, w mózgu - i jeśli tylko ten organ jest nieodwracalnie zniszczony w takim stopniu, że egzystencja danego człowieka w jakikolwiek świadomy sposób (choćby mruganie okiem - jak w "Motylu i skafandrze") jest niemożliwa - to ten człowiek i tak już dawno umarł, a to że podtrzymywane są przy życiu jego narządy... to już zupełnie inna sprawa.

Myślę sobie, że i Janusz i Mariola tak naprawdę zrobili ludziom chcącym walczyć o prawo do eutanazji, niedźwiedzią przysługę. Dali do ręki ludziom, którzy nie rozumieją tego problemu argument o tym, że wystarczy "tylko" pomóc i już, już myśli o eutanazji uciekają, rozpraszają się, problem znika. Otóż nie. Nie znika. Powtórzę jeszcze raz, to nie są dobre przykłady. A jaki jest dobry? Może przykład kobiety, której historia spowodowała publiczną debatę na temat eutanazji we Francji? Krótko: chora na raka przewodu pokarmowego, straszne cierpienia, ból, gnijący za życia układ pokarmowy, ból nie do zniesienia, niemożność jedzenia, straszliwy ból, fekalia wylewające się przez usta, niewyobrażalny ból... To jest przykład tego, gdy eutanazja powinna być dozwolona (we Francji nadal nie jest). To właśnie taka sytuacja, gdy zastosowanie ma kilka z warunków, jakie spełnić musi w Holandii osoba, która chce, by lekarz pomógł jej zakończyć swoje życie:

  • cierpienie pacjenta jest nie do zniesienia, przy czym nie ma szans na polepszenie się kondycji chorego
  • żądanie przez pacjenta eutanazji musi być dobrowolne i powinno utrzymywać się przez z góry określony czas, nie może być spełnione, jeżeli osoba jest pod wpływem narkotyków, cierpi na zaburzenia psychiczne lub pozostaje pod wpływem innych osób
  • pacjent musi mieć pełną świadomość swojego stanu zdrowia, rokowań i przysługujących mu praw
  • konieczna jest konsultacja z co najmniej jednym niezależnym lekarzem, który musi potwierdzić stan zdrowia pacjenta i przesłanki, o których mowa powyżej
  • eutanazja musi być dokonana w medycznie odpowiedni sposób przez lekarza lub pacjenta w obecności lekarza
  • pacjent musi mieć co najmniej 12 lat (pacjenci w wieku od 12 do 16 lat muszą otrzymać zgodę rodziców)

(za: wikipedia.pl)

Osobiście zgadzałem się w dyskusji z prof. Magdaleną Środą - tak jak ona nie uważam życia za dar od boga (a raczej jak Dawkins, uważam to za wielkie szczęście) i nie wydaje mi się, że prawo do życia jest "niezbywalne". Do szału doprowadza mnie takie podejście jakie zaprezentował wysłannik PiSsu, który nawet nie wiedział, że eutanazja jest legalna w Szwajcarii (kłócił się o te ze Środą - szczerze mówiąc, mam wrażenie, że jego wiedza w tym temacie jest bardzo płytka, w sumie, może jedyne co wie, to to, że eutanazja jest legalna w tej ohydnej Holandii). Wydaje mi się, że każdy, każdy ma prawo do tego, by w pewnym momencie powiedzieć dość, nie mam siły. Wiem, że nauka o tym, jak uśmierzać ból bardzo się ostatnimi czasy rozwinęła - wiem niestety również - że nadal są sytuacje gdy lekarze nie tylko nie potrafią już człowiekowi pomóc, nie potrafią nawet spowodować by choć na chwilę opuścił go ból. I trudno pewno komuś zrozumieć, jak wielki może być ból, fizyczne cierpienie, jak bardzo zaczyna doskwierać w kolejnych długich minutach i kwadransach (wiem coś na ten temat od czasu mojej letniej przygody ze szpitalem w tle). Do szału doprowadza mnie stanowisko katolików, którzy uważają, że można podać środki przeciwbólowe i być z chorym, bo zawsze, zawsze jest to wołaniem o pomoc. Dlaczego część wierzących (prawie wszyscy) zachowuje się tak jakby na każde pytanie miała gotową odpowiedź, jakby nie było dla nich nic, nad czym muszą się zastanowić? I dlaczego do jasnej cholery, nie mają w sobie tej buddyjskiej pokory, która mówi o tym, że nawet jeśli jesteś Dalajlamą, albo kolejnym Buddą - nawet wtedy bardzo wiele może nauczyć Cię przypadkowo spotkany człowiek? Czy tak trudno zrozumieć, że bywają niestety takie sytuacje, że jedyne co można zrobić to skrócić czyjeś cierpienia? A może... może tak naprawdę nie chodzi o eutanazję samą w sobie, nie chodzi o pomóc temu człowiekowi, który sam nie ma tyle sił, by odebrać sobie życie? Może problem jest w żyjących, którzy chcą ocalić go dla siebie samych? Może to problem rozstawania się z kimś kto jest dla nas ważny? Ale... czy nie lepiej postarać się o to, by powiedzieć sobie wszystko to co jest ważne (jeśli ktoś ma taką potrzebę) by pomóc tej osobie uporządkować pewne sprawy i pozwolić Jej w spokoju odejść? Mam takie wrażenie, że to właśnie pozwolenie by ktoś odszedł to jest ten prawdziwy "dar miłości", o którym tak lubią mówić wierzący.

Amen.

--

Dopisek: jestem jednak patałachem. Przecież o wiele, wiele bardziej do tego wpisu pasuje tytuł "Live And Let Die" (wersja GnR - to co Axl ma do powiedzenia przed wykonaniem utwory warte jest wysłuchania - oraz... całkiem niezły oryginał McCartneya), albo chociażby jego polskie tłumaczenie. No cóż, bloga pisać też trzeba umieć...

23:34, renton.boy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 marca 2009
One way ticket

Niecałe trzy tygodnie. Dokładnie tyle dzieli mnie od wejścia na pokład samolotu, którym polecę na jedno z podlondyńskich lotnisk. W końcu, nareszcie zaczyna spełniać się coś o czym tak długo myślałem. Koniec z wyszukiwaniem powodów, koniec z jeszcze nie teraz. Teraz.

Już mam przygotowane:

  • bilet na samolot
  • konto walutowe w GBP + karta płatnicza, wypukła, taka która symuluje kredytową (czyli będę mógł spokojnie korzystać sobie np. z amazon.co.uk)
  • mam fajowy przewodnik po Londynie (Dorling Kindersley) - mama mi sprezentowała ;)
  • przeczytałem książkę o angielskich zwyczajach, kulturze i takich tam - mam nadzieję, że dzięki temu nie popełnię aż tylu faux-pas

A co zostało mi jeszcze do zrobienia?

  • muszę znaleźć sobie lokum - choćby na początek :)
  • umówić się na więcej rozmów
  • kupić sobie jedne eleganckie spodnie materiałowe (wypatrzyłem sobie mniej więcej krój i materiał: taka bardziej elegancka kratka)
  • zrobić kopię dyplomu, wyniku z egzaminu IELTS, wydrukować sobie jakieś 20 CV
  • testowo się spakować i sprawdzić jak ciężką będę miał walizkę :)
  • dowiedzieć się więcej na temat komunikacji w Londynie: zakup biletu miesięcznego w (wiem tylko ile taka przyjemność kosztuje - 92 funciaki)
  • spisać sobie dokładnie co muszę zrobić zaraz po przylocie (np. zarejestrować się w ichnim urzędzie pracy)
  • porównać sobie oferty brytyjskich banków - żeby założyć konto
  • obejrzeć w kinie w PL "Madagaskar 2" ;)

Kurcze, mam tak niesamowitego powera. Jestem taki jakiś nabuzowany tym wszystkim co ma się wydarzyć. Nie mogę się doczekać. Jeszcze 17 dni.

17 - to sponsor dzisiejszego odcinka :)

Jasne, że się trochę obawiam, ale otwierając dzisiaj GMaila zobaczyłem cytat Georga Edwarda Woodberry'ego: "Defeat is not the worst of failures. Not to have tried is the true failure."

A ja wcale nie mam ochoty na prawdziwą porażkę, spać bym nie mógł :)

13:16, renton.boy
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46